Choreograf o spektaklu
W przypadku „NN”, podobnie jak poprzednich choreografiach „Ku dobrej ciszy” i „Bellissimo”, podstawowe pytanie dotyczy wciąż tego samego: tożsamości człowieka, mężczyzny, artysty. Czy to Brunon Schulz, czy Wacław Niżyński, czy w końcu współczesny Bellissimo, pytania są wciąż bardzo podobne: kim tak naprawdę jest każdy z nas? jak postrzegamy sami siebie, a jak widzą nas inni? Czy artysta to ktoś wyjątkowy? a może bycie artystą, znaczy tyle co bycie zwykłym uzurpatorem lub po prostu dziwakiem i przewrażliwionym nieudacznikiem?
A co oznacza bycie mężczyzną? Czy bycie słabeuszem i ofiarą losu dyskwalifikuje? Czy racje bytu ma wyłącznie macho – uosobienie niezłomności, twardości i radzenia sobie w każdej sytuacji. Czy pisarz lub tancerz to jeszcze facet? Czy to jeszcze pełnowartościowy człowiek?
I jeszcze ta natrętna wątpliwość: czy w dzisiejszych czasach może kogoś zainteresować wrażliwy, delikatny, oddany bez reszty sztuce, niezaradny życiowo i nieustannie borykający się sam ze sobą osobnik? Chyba tylko drugiego, takiego samego niedorajdę... „Niech sczezną artyści”!
A przecież, co komu szkodzi pochylić się nad, owszem, nieszczęśliwym i budzącym politowanie, a jednak także dobrym i spolegliwym człowiekiem? Wszyscy czegoś od niego oczekują, podsuwają pomysły na życie, mówią, czego mu nie wypada, a czemu ma się poświęcić. Więc on posłusznie poddaje się: nakłada na siebie kolejne maski, zmienia skórę jak kameleon i próbuje się „dopasować”. Lub na odwrót: zdziera z siebie kolejne warstwy i ogołaca się niemal ze wszystkiego na potrzeby innych.
I tylko od czasu do czasu „chwytając Pana Boga za nogi” przekracza talentem i wrażliwością epoki, dotyka Niedotykalnego i widzi Niewidzialne. Tylko tyle i aż tyle!
Myślę, że każdy twórca nosi w sobie potrzebę zmierzenia się z tematami czy osobami, które są ponadczasowe. Nie można po prostu przejść obojętnie wobec takich osób czy problemów, niezależnie czy to w muzyce, malarstwie, literaturze czy każdej innej dziedzinie sztuki. A bywa i tak, że ulega się po prostu pokusie nawiązania osobistego kontaktu z Protoplastą czy Wielkim Artystą.
Nie da się ukryć, że tak też jest z „tematem Niżyńskiego”, który był i jest dla tancerzy i choreografów ogromnie zagadkowy i intrygujący. Zwłaszcza dla tancerzy czy choreografów w podobnym wieku, co Niżyński u szczytu swej kariery.
Jednak abstrahując od przywołanej tu z pewnym nadużyciem analogii wiekowej, można śmiało powiedzieć, że zagadka legendarnego geniuszu Niżyńskiego jest dla mnie przede wszystkim okazją do pochylenia się nad losem człowieka, artysty, mężczyzny. Podejmując decyzję o stworzeniu spektaklu inspirowanego życiem i twórczością Niżyńskiego, skupiłem się na najistotniejszych, moim zdaniem, aspektach jego życia, spostrzegając, że stanowią one pary przeciwieństw: szczyt kariery a choroba, związek z mężczyzną (Diagilewem) a bycie z kobietą (żona), perfrkcja w twórczości a kompletna nieporadność życiowa, podziw publiczności dla tancerza a odrzucenie choreografa, doskonałość interpretacji repertuaru klasycznego a przełamanie kanonów/barier klasycznych na rzecz stworzenia nowej wizji tańca i choreografii and last but not least bycie człowiekiem a bycie bogiem.
Wszystko to wydaje mi się nieustannym zmaganiem się Niżyńskiego z otoczeniem, ludźmi i samym sobą. Jest to ciągłe upadanie i powstawianie, zasypianie i budzenie się, umieranie i powstawanie do życia. Pomimo niepowodzeń i odrzucenia.
Niżyński, choć wydaje się tak dobrze znany („To największy tancerz wszechczasów”), pozostaje osobą nieodgadnioną, niezrozumiałą i nieokreśloną. Kto mówi, ze znał Nizyńskiego, kogo ma na myśli? Człowieka czy artystę? Tancerza czy choreografa? Kochanka-homoseksualistę czy męża i ojca? Geniusza czy chorego psychicznie?
Niżyński to NN...
Ryszard Kalinowski

